Luty 2022 r.

Ks. prof. dr hab. Janusz Królikowski

Powołani do wiary i miłości
w świetle Najświętszego Serca Jezusa

Kościół jest pierwszorzędnie kontynuacją gestu Syna Bożego, który przyszedł na świat, aby nas szukać tam, gdzie jesteśmy. Przez biskupów, kapłanów i świeckich włączonych w posłanie Kościoła, przedłuża się ten gest Chrystusa, który przychodzi szukać w jakiś sposób ludzi, gdziekolwiek oni są, by dokonać podniesienia ich do tego, co boskie. Duch Święty jest „rzeką wody żywej, wypływającej z przebitego boku Chrystusa”. W tym właśnie miejscu sytuuje się autentyczna podstawa pobożności i duchowości chrześcijańskiej, szczególnie zaś tej jej formy, która czci Serce Jezusa. Duch Święty – dodajmy – jest tą rzeką wody żywej wypływającej z uwielbionego człowieczeństwa Chrystusa, która – jak mówi Apokalipsa – spłynęła do miasta, wzbudzając wszędzie życie istot duchowych. Dlatego świat, w którym żyjemy, jest tym światem, o którym wiemy, że Duch Święty działa w nim, by wzbudzić tych, którzy podejmą wysiłek autentycznego życia.

Człowiek w zamyśle Bożym

Właśnie tutaj sytuuje się drugi aspekt tego, czym jest „tajemnica” Kościoła. Jest on – z jednej strony – z całą pewnością tym gestem Boga przychodzącego do człowieka. Jednak z drugiej strony jest on także odpowiedzią człowieka na to działanie Boże. Kościół jest zasadniczo kontynuacją tego, co dokonało się w człowieczeństwie Chrystusa. Jeśli Chrystus jest równocześnie gestem Boga, który przychodzi szukać człowieka, to jest on również w swoim człowieczeństwie realizacją tego, czego Bóg chce dokonać w każdym człowieku. Dlatego w człowieczeństwie Chrystusa, a więc w Jego Sercu, które stanowi centrum człowieczeństwa, kontemplujemy prawdziwe oblicze naszego powołania.

Chrystus pokazuje nam, zrealizowane w Nim, to, czym rzeczywiście jest każdy człowiek w zamyśle Bożym. Wynika z tego, że całe chrześcijaństwo nie będzie polegać – pod działaniem Ducha Świętego – na niczym innym, jak na coraz dalej sięgającym przekształcaniu nas w Jezusa Chrystusa, na naszym wciąż rozwijającym się stawaniu się uczniami Jezusa Chrystusa. I to jest drugi aspekt Kościoła.

Jeśli Kościół jest tym, przez co przyjaźń Boża przychodzi do nas, to jest on także odpowiedzią tych, którzy uwierzyli i stanowią wielki lud Boży – „lud żyjących”. Tym, czego Chrystus szuka, gdy przychodzi do nas, jest udzielenie nam Ducha, jest uczynienie z nas „żyjących”. Jest w tym wszystkim coś, co nieustannie trzeba powtarzać: chrześcijaństwo jest orędziem życia. Chrystus mówi: „Przyszedłem, aby mieli życie, i mieli je w obfitości”. Chodzi o prawdziwe życie, czyli życie Boże.

Kościół żyjących

Wiemy bardzo dobrze, że tym, co decyduje o dobrym przebiegu życia, jest jego duchowy rozwój i rozszerzanie się. Co to znaczy? Że może być życie udane na poziomie ludzkim, które może być efektywne na poziomie myśli lub uważać się za pozytywne na poziomie szczęścia; może być uważane za udane na poziomie kariery, ale mimo to nie dokonał się w nim autentyczny przełom duchowy. Wokół nas znamy rozmaitych ludzi, którzy mają wszystko, czego potrzeba, aby zapewnić sobie udane życie, a z dziwną skutecznością potrafią roztrwonić wszystko. Roztrwonią miłość, roztrwonią karierę, roztrwonią swoje osiągnięcia, ponieważ nie szukają dopełnienia siebie inaczej, jak tylko na poziomie sukcesu ludzkiego.

Znamy ubogich w pełnym znaczeniu tego słowa. Jednak najuboższymi pośród ubogich nie są ubodzy na poziomie ekonomicznym. Ubogimi są ci, którzy doświadczają czegoś w rodzaju ogołocenia wewnętrznego – są ogołoceni ci, którzy są puści na poziomie uczuciowości. Są tacy, którzy ponieśli porażkę na poziomie kariery, którą nie umieli odpowiednio pokierować tak, jakby należało. Ubogimi są także, nigdy tego nie zapominajmy, ci, którzy są pozbawieni zdrowia – ten nieogarniony świat chorych, którzy są pozbawieni wszelkiej życiowej satysfakcji. A przecież w tym świecie ubogich spotyka się przedziwne osiągnięcia duchowe – niezrównane narodziny miłości. Pokazuje to jasno, że wynik życia nie tylko jest związany z zewnętrznymi okolicznościami życia, ale wynika zasadniczo z pewnej realizacji duchowej, z pewnego uczestniczenia w obrazie Chrystusa. W takiej mierze, w jakiej w życiu jest obecna miłość, takie życie jest zawsze życiem udanym. To sprawia udział w Kościele żyjących.

Duch ewangeliczny

To Kościół – jak zostało już powiedziane – sprawia zasadniczo, że lud chrześcijański stara się naśladować Jezusa Chrystusa i być Mu wierny. Oczywiście, w tym punkcie, wiemy to wszyscy, nikt spośród nas nie może powiedzieć, że już jest prawdziwym uczniem. Co więcej, wiemy bardzo dobrze, czujemy wyraźnie, do jakiego stopnia nasze niewierności sprawiają, że nie wcielamy i nigdy w pełni nie świadczymy o ideale ewangelicznym. Ale istotne jest to, że nasze życie odpowiada na pewien ruch. To jest istotne w życiu duchowym, że nasze życie jest otwarte na działanie ducha i że w ten sposób może, powoli, pokornie, ulegle, postępować na tej drodze przemiany w Jezusie Chrystusie – drodze autentycznego ducha ewangelicznego.

Trzeba również powiedzieć, że w życiu ewangelicznym fundamentalne znaczenie mają dwie rzeczy: z jednej strony, oczywiście, miłość naszych braci, i wiemy bardzo dobrze, że ta miłość jest świadectwem, którego ludzie uprzednio od nas oczekują. Ma zasadnicze znaczenie, że chrześcijaństwo, na które dzisiaj patrzymy, jest chrześcijaństwem miłości i że chrześcijanie promieniują – zarówno między sobą, jak i na zewnątrz – wymownym tchnieniem miłości. Nie jest to widoczne tak, jak mogłoby być, gdyby nie zmowa mediów przeciw chrześcijaństwu nie pozwala na ukazywanie tego faktu. Ale trzeba również powiedzieć, że jest nieodzowne, aby chrześcijanie nie rezygnowali jednostronnie z miłości Boga na rzecz miłości bliźniego. Trzeba, oczywiście, aby chrześcijanie kochali swoich braci, ale miłość do braci nie może doprowadzić do zapominania, że mają na pierwszym miejscu kochać Boga. Trzeba, aby zrozumieli, że autentyczna podstawa ich czci wobec innych jest ostatecznie uzależniona od odnalezienia Jezusa Chrystusa i nawiązania z Nim głębokiej zażyłości.

Mówiono niekiedy, że chrześcijanie nie kochali swoich bliźnich, bo zbytnio kochali Boga, ale jest to stwierdzenie absurdalne. Jak miłość Boga mogłaby oddalać od miłości bliźniego? Wiemy bardzo dobrze, że gdy modlimy się, gdy przyjmujmy Komunię świętą i gdy znajdujemy się w ten sposób w Bogu, to – przeciwnie – zostajemy najskuteczniej uwolnieni od naszych egoizmów i na nowo zachęcani do ofiarnego dania się innym.

Jeśli więc gromadzimy się, aby rozważać słowo Boże, modlić się, adorować Najświętszy Sakrament, czcić Najświętsze Serce Jezusa, to mamy rację i nie mają racji ci, którzy to lekceważą. Oczywiście, wszyscy musimy otworzyć się na potrzeby dzisiejszych ludzi – jest to jak najbardziej słuszne. Ale w żadnym wypadku nie możemy z tego powodu zrezygnować z tego, co jest niezrównanym skarbem, powierzonym nam przez tradycję naszego Kościoła. A tym skarbem jest sam Bóg Stwórca i Odkupiciel, który jest obecny i działa w naszym życiu.

Zaczyn duchowy

Została tutaj zwrócona już uwaga na wiarę i na miłość. Z punktu widzenia Kościoła są to kwestie zasadnicze. Wielkim niebezpieczeństwem w naszych czasach jest pewien typ „bez-nadziei”. Wielkim aktualnym niebezpieczeństwem – wobec bezmiaru problemów, które nas niepokoją – jest obecność pewnego rodzaju wątpliwości dotyczącej tego, czy jutro Kościół może być jeszcze tym, czym był wczoraj. Wielką pokusą dzisiejszych chrześcijan jest pewien rodzaj defetyzmu, który skłania ich do zajęcia postawy jakiegoś wycofywania się wiary. Ten defetyzm każe uznać za nieuniknione, że środowiska intelektualne są dzisiaj bardziej lub mniej zdominowane przez ateizm albo – na odwrót – że w przyszłości nie będzie już istniał wielki lud chrześcijański i że chrześcijaństwo w bardzo szybkim tempie zostanie zredukowane do małych grup żyjących w diasporze, które agresywnie będą walczyć o przetrwanie.

Ta wizja ma w sobie coś przerażającego. Kościół, który nie jest niezmierzonym tłumem rodzin, wielkim zastępem naszych parafii, wspólnotą ochrzczonych ludów, nie byłby już autentycznym Kościołem Jezusa Chrystusa. Kościół jest ze swej istoty Kościołem każdego, Kościołem, w którym wszyscy czują, że są u siebie, Kościołem, w którym są święci i w którym są grzesznicy, Kościołem, w którym są często przystępujący do Komunii świętej i w którym są tacy, którzy przystępują do niej raz do roku, a którzy mimo to należą do Kościoła. Ze swej natury Kościół jest wezwany, aby był obecny na całym okręgu ziemi.

Musimy oczywiście zawsze pracować, by to ciasto ludzkie było ożywiane przez zaczyn. Ale powiedzmy jeszcze raz – Kościół, który nie byłby już zaczynem, który nie byłby w stanie zakwasić ciasta ludzkości, przestałby mnie interesować.

Dopuszczamy więc dzisiaj pewien niepokój – a że jest pewien niepokój, to czujemy i w pewnych momentach ulegamy naciskowi strachu. Co na to odpowiedzieć? Trzeba będzie powiedzieć, że jest prawdziwe i normalne, iż zostają nam postawione problemy. Jednak trzeba pamiętać, że nie powinno nas niepokoić to, że rozmaite problemy stają przed nami. Takie następstwo rzeczy jest na porządku dziennym. Wszystkie wielkie problemy, które niepokoją nasze pokolenie: kryzys cywilizacji, niekontrolowany rozwój nauki, wielkie zaburzenia socjologiczne itd. – stanowią integralną część rozwoju stworzenia, które jest dziełem Bożym.

Bóg chciał stworzenia będącego w ruchu, który ze swej natury nie jest – i trzeba to uznać ze spokojem – uspokajający, ale często rozwija się burzliwie, a nawet wywołuje wstrząsy. Jest więc normalne, że Kościół Jezusa Chrystusa – jak często działo się w ciągu historii – jest wstrząsany przez poruszenia, których źródłem jest cywilizacja. Fakt, że współczesny świat stawia nam wyzwania, nie powinien nas niepokoić. II Sobór Watykański był odpowiedzią Kościoła na wyzwania rzucone przez współczesny świat, która wciąż oczekuje na pełne wprowadzenie w życie.

Odnowa wiary i modlitwy

Aby jednak przyjąć wyzwania naszych czasów, trzeba żyć; trzeba być napełnionym wiarą w Chrystusa i w Jego życie nadprzyrodzone; trzeba karmić się Eucharystią i być odnawianym przez modlitwę. Oczywiście, jeśli świat współczesny miałby znaleźć wobec siebie Kościół osłabiony od wewnątrz, Kościół, w którym uległaby pomniejszeniu wiara, wtedy istniałyby uzasadnione powody do niepokoju. Niebezpieczeństwo dzisiejsze nie jest poza Kościołem, ale jest wewnątrz Kościoła. Nie trzeba niepokoić się tym, co dzieje się w świecie, ale przede wszystkim trzeba troszczyć się o jakość życia kościelnego, gdyż to ona zdecyduje o tym, w jakim kierunku pójdą dzieje świata.

Prawdziwym niebezpieczeństwem dla przyszłości świata byłoby osłabienie wiary, życia wewnętrznego, kultury chrześcijańskiej, wierności przykazaniom, które są przykazaniami moralności ewangelicznej i chrześcijańskiej. Tutaj sytuuje się zasadnicze niebezpieczeństwo. Dlatego w każdej Mszy, która będzie celebrowana, trzeba ofiarować się Chrystusowi. My mamy Mu się ofiarować, my – wielki lud pochodzący ze wszystkich stron, aby prosić Go o pomoc w byciu chrześcijaninem, szeroko otwartym na świat naszego czasu. Wszystko zależy od naszego głębokiego zakorzenienia w Jezusie Chrystusie. W taki sposób można stać się chrześcijaninem zdolnym do stawienia czoła jutrzejszemu światu – już nie w perspektywie defetyzmu, jakby coś istotnego miało zginąć już na zawsze, ale przeciwnie – w poczuciu ufności, że Kościół Jezusa Chrystusa, w cywilizacji jutra ma do odegrania decydującą rolę.

Dlatego w tej perspektywie, w tej postawie nadziei złożonej w wiecznym słowie Jezusa Chrystusa, w poczuciu odpowiedzialności za dzisiejszy świat, która spoczywa na nas, czujemy potrzebę nieustannego odnawiania się w wierze i modlitwie, z ufnością i przekonaniem o niewymownych bogactwach, które przez Kościół stale płyną z Najświętszego Serca Jezusa.